Od tego trzeba było zacząć: niebo.
Okno bez parapetu, bez futryn, bez szyb.
Otwór i nic poza nim,
Ale otwarty szeroko.

Wisława Szymborska, Niebo

 

Jelenia Góra. Miasto, które z całą pewnością mogę nazwać swoim domem. Tu się urodziłem i wychowałem, tu kochałem i zostałem zdradzony. Z tym miastem wiąże się moja historia i nadzieja na jakąś… może lepszą przyszłość. Wielu już wyjechało z tego miasta i miast podobnych na Zachód, w poszukiwaniu łatwiejszych i większych pieniędzy – choćby za cenę upokorzenia – ale ja jeszcze wierzę, że na tym okręcie jest wiele do zrobienia, że przetrzyma on niejeden sztorm i wypłynie kiedyś na szerokie, spokojne wody, a wtedy przydadzą się ręce do pracy i każda pomocna dłoń.

Janowice Wielkie, jeszcze tylko tunel, Wojanów i pociąg wtoczy się na mój peron. Szybciej było by autobusem, bądź „Krychą”, ale ja mam jakiś sentyment do tej masy ociężale tłukącej się rytmicznie po szynach. Jeszcze siedzę sobie wygodnie w swoim przedziale a za oknami wolno przesuwają się jesienne krajobrazy: pól, łąk i lasów, ale myślami przechodzę już ulicą 1-go Maja, wzdłuż odremontowanych, młodopolskich kamienic z końca XIX i początków XX wieku. Mijam po lewej stronie Jeleniogórskie Centrum Kultury, a po prawej Kościół Garnizonowy, w którym nie raz z trudem powstrzymywałem łzy napływające mi do oczu podczas „Świętokrzyskiej Golgoty”. Nawet teraz, na wspomnienie „Niech mówią, że…” coś zaczyna w duszy grać. Wprawdzie puszczają to w kółko w radiu, i słychać te dźwięki w autobusach miejskich z komórek małolatów, ale to nie to samo, nie to samo. Przechodzę obok małej cerkwi i charakterystycznych dla tego regionu krzyży pokutnych w północnej ścianie. Po prawej stronie „Marysieńka”. Czytam repertuar. I tak nie będę miał czasu, żeby się wybrać, ale przynajmniej, jak ktoś rzuci tytułem, to będę wiedział, o jakim filmie mówi. Poza tym wolę teatr. Kusi mnie, żeby wstąpić jak zwykle do ulubionej knajpki na jedno „małe”, nie skręcam jednak na Pocztową. Przechodzę wzdłuż Galerii Karkonoskiej i przez chwilę patrzę na portal: statek z głową smoka unoszący się na błękitnych falach, i daty 1904, 1905. Parę metrów dalej widzę zegar. Ten sam, co na widokówkach sprzed pierwszej wojny, tyle, że teraz cały czas wskazuje południe, a może północ?MijamEmpik. Wprawdzie to centrum kultury na sprzedaż powstało niedawno, ale już ma swoich zwolenników. Do tej pory trzeba było jeździć do Wrocławia, a teraz proszę, mamy EmpikwJeleniej Górze. Cieszę się, że jeszcze coś związane z kulturą potrafi w dzisiejszych czasach – w dobie Internetu, eMula i Ipoda – wyrobić sobie markę i z powodzeniem funkcjonować na rynku, bo przecież mieć coś z Empiku to naprawdę coś! Odwracam głowę od bestsellerów na wystawie i patrzę na następny zegar. Tyle, że słoneczny, na ścianie Hotelu „Jelonek”, tym nad Pizza Hut. Widzę też już Bramę Wojanowską i kościółek p.w. św. Anny. Hmm… w Sosnówce jest kapliczka św. Anny, od jakiegoś czasu udostępniona również turystom, którzy przybywają tam do Źródełka Miłości, by spełniło im się – według pogańskich wierzeń – ich życzenie. W tym celu nabierają wody ze źródełka do ust i krążą siedem razy wokół kapliczki. Mnie się nie spełniło, może źle policzyłem okrążenia? Fajnie by było znów wybrać się w góry. Może nie od razu na Śnieżkę, ale dojść do Samotni to było by już coś. O tej porze roku przecież tam jest tak pięknie…

Jestem już prawie w domu. Jak zwykle witają mnie dwa posągi w niebiesko-zielonych strojach, które trzymają w rękach latarnie i patrzą na mnie z pierwszego piętra kamienicy. Idę jeszcze do In medio po „Nowiny” – dobra lektura do kawy w Brystolce. (…)

Fragment rozdziału 2 – „Pocztowa 13”

Jacek Kusicki – wiecznie zapracowany podkomisarz na komisariacie w Jeleniej Górze, przyszedł do pracy jak zwykle punktualnie. Zasiadł do swojego biurka, by zająć się papierkową robotą. Wszystko wskazywało na to, że będzie to kolejny nudny dzień. Coś jednak wyrwało śledczego z rozmyślania o czekającej na niego stercie papierów i raportów.
– Proszę – powiedział ożywionym głosem.
– Dzień dobry… ja… skierowano mnie do pana, bo podobno tylko pan nie jest aż tak zajęty, żeby wysłuchać biednej kobiety…
– Podobno. Jak widzi pani – wskazał na plik papierów po prawej stronie biurka – jestem odrobinę zawalony robotą. Ale niech się pani tym nie przejmuje – uśmiechnął się i wskazał jej krzesło, by usiadła.
– Dziękuję, jest pan bardzo uprzejmy – powiedziała kobieta i usiadła na wskazanym miejscu. Śledczy spojrzał na nią, oczekując wyjaśnień jej wizyty. – A tak. – zaczęła. – Nazywam się Teresa Szczepańska. Pan Jacek wziął kartkę i lewą ręką zapisał datę: 20.05.2006 i dane petentki. – Mój mąż, Ksawery Szczepański, mnie pobił. Widzi pan, o tu. – powiedziała, wskazując na brzydki siniak pod prawym okiem. – A potem… potem rzucił mną o podłogę jak… jak kawał mięsa. A ja przecież jestem człowiekiem, kobietą i zasługuję na szacunek. – Tu wyciągnęła chustkę i wydmuchała głośno nos. Jej policzki były mokre od łez. Podkomisarz zanotował coś na swojej kartce i odchylił się lekko do tyłu, patrząc na kobietę badawczym wzrokiem.
– Zrobiła pani obdukcję? – spytał po chwili. Kobieta spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Nie, no co pan. Przecież ja nie chcę, żeby wsadzili mojego Ksawerego do więzienia! – powiedziała z oburzeniem.
– A czego pani chce?
– No żeby mu nagadać, że on tak nie może… nie powinien, bo następnym razem to już na pewno wyląduje w więzieniu. Bo wie pan, on tak tylko po pijanemu.
– To niech go pani zaprowadzi do AA, a nie zawraca nam, policjantom, głowy – powiedział stanowczo. – Groził pani? – spytał po chwili, gdy kobieta znowu wydmuchała nos w chusteczkę.
– Mnie nie, ale powiedział mojej siostrze, Marcie Sobczyńskiej, zanotował pan? (Kiwnął głową na znak, że zapisał to nazwisko i że pani Teresa może kontynuować) . – No, więc powiedział jej, że jak jeszcze raz to zrobi, to wyrzuci ją przez okno, a wie pan, my mieszkamy na czwartym piętrze i jakby ją tak wyrzucił przez to okno, to by… no, na pewno się zabiła…
– Taaaak, a czego ona – spojrzał w notatki – Marta Sobczyńska nie może zrobić jeszcze raz?
– No, bo Marta… moja siostra znaczy się, wylała do zlewu jego ulubioną whisky, znaczy mojego męża, a wie pan, to była bardzo dobra i droga whisky i dostał ją od…
– Wystarczy. – przerwał jej śledczy. – Proszę iść do domu pani Szczepańska. Wyślemy kogoś na wywiad środowiskowy. A gdyby to pobicie jeszcze raz się powtórzyło, proszę najpierw zrobić obdukcję.
– Dziękuję, dziękuję panie komisarzu. Wiedziałam, że mi pan pomoże, bo wie pan, w mieście wszyscy pana poważają i sąsiadka od razu mi powiedziała, żeby jak coś, to walić prosto do pana.
– Dobrze, dobrze. Jestem tylko podkomisarzem. Jak już mówiłem wyślemy kogoś. To, jaki jest tam adres?
– Pocztowa 13 przez 13. Sporo tych trzynastek, ludzie mówią, że to nam pecha jakiego kiedyś przyniesie, ale nie wierzę w te zabobony, a pan?
Jacek marzył tylko o tym, żeby zamknęła usta i zostawiła go w świętym spokoju. Wolał już swoją papierkową robotę niż niezamykające się usta Teresy Szczepańskiej. Wziął więc głęboki oddech i spojrzał na nią nie podnosząc głowy, co wyglądało dosyć groźnie. Na tyle groźnie, że pani Szczepańska wstała, rzekła ściszonym głosem: – „Do widzenia” i ruszyła do wyjścia. Był wolny. Przynajmniej od tej natrętnej baby. Spojrzał na stos papierów.
– Nie można mieć wszystkiego. – powiedział na głos i zabrał się do pracy.
Było już ciemno, kiedy wychodził z budynku policji, by udać się w kierunku swojego mieszkania przy ulicy Konopnickiej. Właściwie było to mieszkanie jego matki, z którą mieszkał. Waleria była już starszą kobietą, bardzo miłą i nie aż tak zrzędliwą jak inne kobiety w jej wieku. Po prostu dało się z nią wytrzymać. Dlatego Jacek po rozwodzie oddał byłej żonie mieszkanie i zamieszkał z matką.  Z pracy do domu nie miał daleko, jakieś dziesięć minut piechotą, ale tego wieczoru nie miał jeszcze ochoty wracać do domu. Postanowił napić się whisky w pobliskim barze na Pocztowej. Najwidoczniej opowieść Teresy Szczepańskiej o wylanym do zlewu trunku wywołała w nim tę sugestię, bo nie był to jego ulubiony alkohol. Skręcił więc na Bohaterów Getta, z której był już tylko krok na Pocztową. Ulica była dobrze oświetlona, latarnie rzucały blade smugi na mokre chodniki. Widocznie niedawno padał deszcz.  Powiało chłodem. Zapiął swój długi brązowy płaszcz. Co jakiś czas kłaniał się przechodniom, którzy pozdrawiali go z niezwykłą uprzejmością. W oddali widział już szyld pubu, gdy nagle usłyszał jakieś hałasy z górnych pięter budynku, obok którego właśnie przechodził. Awanturnicze odgłosy było coraz wyraźniej słychać na ulicy. Przechodnie co rusz spoglądali w górę, by dojrzeć z którego okna dochodzą te hałasy. Odruchowo spojrzał na tabliczkę z numerem budynku.
„To tu. – pomyślał – I to pewnie z okna Szczepańskiej dochodzą te kłótnie”. Przeszedł na drugą stronę ulicy, by spojrzeć w okno. Zobaczył jakieś postacie, dwoje ludzi żywo gestykulujących rękami, którymi pomagali sobie wyrzucać z siebie ostre słowa. Nie mógł jednak rozpoznać żadnej z nich ani zrozumieć, co do siebie krzyczą. Postanowił wejść na górę.
Śledczy nie przejął się wizytą Szczepańskiej i nie zamierzał wcale wysyłać nikogo, ale teraz był poważnie zaniepokojony i chciał na wszelki wypadek zapobiec dalszemu rozwojowi sytuacji. Drzwi kamienicy skrzypnęły i po chwili przekroczył próg budynku. Wspinał się cicho i wolno po kamiennych schodach, trzymając się drewnianej poręczy i nadsłuchując co chwilę. Kiedy dotarł pod mieszkanie numer trzynaście, głosy dochodzące ze środka były już bardzo wyraźne, a z toczonej tam kłótni wynikało, że ktoś komuś grozi śmiercią. Śledczy postanowił nie czekać dłużej i zapukał energicznie do drzwi. Krzyki ucichły. Było słychać zbliżające się ciężkie kroki. Po chwili w drzwiach stanął mężczyzna w średnim wieku, średniego wzrostu, gruby i nieogolony. Miał na sobie flanelową koszulę w biało-czarną kratę i dresowe spodnie. Na nogach miał kapcie – bez skarpet.
– Czego tu? – powiedział, patrząc przymkniętymi oczami na śledczego, jakby raziło go światło albo zapomniał włożyć okulary.
– Dobry wieczór – odezwał się w końcu pokomisarz. – Jestem Jacek Kusicki, śledczy. Przechodziłem właśnie obok państwa domu, usłyszałem hałasy i postanowiłem zobaczyć, co się tu dzieje.
– A czy ktoś panu naskarżył, panie śledczy, że na przykład spać nie może przez te hałasy?
– Nie, ale…
– To niech pan nie wtrąca swego śledczego nochala w nie swoje sprawy. Dobranoc! – Powiedział gruby mężczyzna i zamknął drzwi przed nosem pana Jacka.
Zapukał jeszcze raz. Mężczyzna, z którym przed chwilą rozmawiał zaklął głośno, po czym otworzył drzwi.
– Jeszcze coś? – spytał otwierając drzwi na oścież.
– Tak. Bo wie pan, co? Tak się składa, że to są moje sprawy – powiedział stanowczym głosem. Mężczyzna popatrzył na niego osłupiały.
– Czy pan się nazywa Ksawery Szczepański?
– Tak, a o co się rozchodzi? – spytał lekko już przerażony.
– A pana żona to Teresa Szczepańska? – kontynuował śledczy bardziej pewny siebie.
– Yyyy.. No tak. Ale ja nie wiem dalej, o co się panu rozchodzi.
– Proszę mnie wpuścić to panu wszystko wyjaśnię.
O to właśnie chodziło Kusickiemu. Wiedział, że jeżeli dostanie się do tego mieszkania, będzie mógł spokojnie wybadać całą sytuację. Mężczyzna usunął się na bok, żeby śledczy mógł wejść do środka. Zamknął za nim drzwi i poszedł przodem, w kierunku wpadającej z przeciwległego pomieszczenia smugi światła. Weszli do kuchni. Szczepańska siedziała przy stole i paliła papierosa. Na widok sledczego zgasiła szybko niedopałek, z trudem znajdując na niego miejsce w przepełnionej popielniczce.
– O, pan komisarz! – poderwała się z krzesła. –  Jak miło pana znowu widzieć. Napije się pan herbaty?
– Dobry wieczór pani. Proszę sobie nie robić kłopotu, ja tylko na chwilę. Nie miał czasu jej znów wyjaśniać, że jest tylko podkomisarzem.
– Nie myślałam, że pan przyjdzie osobiście i że tak szybko. Mówił pan przecież, że kogoś wyśle i…
– Przechodziłem obok i usłyszałem krzyki dobiegające z tego mieszkania – przerwał jej śledczy – pomyślałem, że zobaczę, co tu się dzieje i ewentualnie, ale wolałbym by był to skrajny przypadek, wezwać pomoc.
– A nie, to tylko takie sprzeczki małżeńskie, wie pan, my sami się dogadamy i pójdziemy spać – powiedziała pani Teresa, patrząc to na męża, to na pana Jacka.
– A to podbite oko pani Szczepańskiej? To też taka sprzeczka małżeńska?
Szczepańscy popatrzyli na siebie: Teresa ostrym, a Ksawery przestraszonym wzrokiem. Śledczy właśnie miał wypowiedzieć się w sprawie tej niekontrolowanej sprzeczki, kiedy nagle do kuchni weszła jeszcze jedna osoba. Weszła po cichu, kiwnęła głową w kierunku Jacka, po czym nalała wody do czajnika i postawiła go na kuchence. Odpaliła zapałkę, odkręciła gaz, a kiedy zapłonął pomarańczowo-fioletowymi płomykami, postawiła na nim czajnik z wodą. On patrzył na te czynności jak zahipnotyzowany, jakby po raz pierwszy w życiu widział, jak ktoś zapala gaz. Ale to nie był ktoś, to była ona (…)

Fragment rozdziału 3 – „Plamy i siniaki”

Około godziny pierwszej Kusicki jak zwykle wybrał się do pobliskiej małej kawiarenki – Brystolki. Spędzał tam zwykle około trzydziestu minut, jedząc w tym czasie ciasto z owocami, pijąc kawę i czytając lokalną prasę. Czytał właśnie artykuł o planowanym  za dwa miesiące otwarciu hipermarketu „Eco-set”. Wielkie otwarcie miało się odbyć o północy z dwunastego na trzynastego lipca, a pierwsze dziesięć osób miało dostać kolorowe telewizory za darmo. Właśnie kończył czytać artykuł, gdy do kawiarenki wszedł młody posterunkowy. Rozejrzał się uważnie, po czym szybkim krokiem podszedł do Jacka.
– Panie podkomisarzu, telefon do pana… ze szpitala… chodzi o pańską matkę.
Śledczy o mało co się nie zakrztusił, bo właśnie wsadził sobie w usta spory kawałek ciasta. Popił szybko kawą i przeżuwając, wybełkotał kelnerce, żeby zapisała to na jego rachunek. Kiedy zdejmował marynarkę z krzesła, trącił filiżankę i wylał na siebie resztkę kawy. „Cholera jasna” – mruknął pod nosem i wybiegł za policjantem.
– Podkomisarz Jacek Kusicki, słucham – powiedział do słuchawki telefonu, gdy wpadł lekko zadyszany do swojego gabinetu.
– Dzień dobry, dzwonię ze szpitala, by powiedzieć panu, że przed godziną przywieziono pańską matkę nieprzytomną z nieokreślonym bólem brzucha. Podejrzewamy zapalenie otrzewnej. Przewieziono ją właśnie na oddział chirurgiczny. Pańska matka jest już przytomna, ale jej stan budzi nasze wątpliwości.
– Co to znaczy? – spytał, ocierając sobie czoło chusteczką.
– To znaczy, że prawdopodobnie czeka ją kolejna operacja. Dobrze by było, aby przedtem mogła się jednak z panem zobaczyć i…  by dodał jej pan otuchy, rozumie pan?
– Tak rozumiem. Będę tak szybko jak to tylko możliwe. Dziękuję za informacje.
– Do widzenia panu, proszę się jednak pośpieszyć.
– Tak, jeszcze raz dziękuję i do widzenia.
Wolno odłożył słuchawkę, czuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Jego matka nie była jeszcze starą kobietą, właściwie była dopiero po sześćdziesiątce, ale druga operacja? Niedawno straciła męża, a teraz to…
Wyszedł ze swego gabinetu i ruszył w stronę biura komisarza. Zapukał śmiało w oszklone drzwi, a gdy usłyszał „proszę”, wszedł do środka. Komisarz Andrzej Rutecki rozmawiał przez telefon z żoną. Zrobił zniesmaczoną minę i wskazał na słuchawkę, ale gdy po drugiej stronie zabrzmiał kobiecy głos,  zaczął cicho i pokornie przytakiwać.
– Tak kochanie, zamówię wszystko w „Europie”, tak… na sześć osób… zakupy? Ależ oczywiście, Słoneczko… serwetki… ciemnozielone… i świeczki… Nie powtarzam po tobie jak papuga… staram się wszystko zapamiętać… Oczywiście kochanie, tak, to pa. Pa, pa, pa…
– Kolacja. SŁUŻBOWA, wiesz jak to jest, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, nie można dać plamy – powiedział komisarz, przyglądając się marynarce Kusickiego. – No dobra. A co cię do mnie sprowadza, już tak się nudzisz, że przyszedłeś pogadać ze starym kumplem?
– Chciałbym żeby tak było. Słuchaj, Andrzej, mam mało czasu. Moja matka jest w szpitalu, zaraz będzie miała operację, muszę tam jechać.
– No to zabieraj dupę w troki i jazda, na co tu jeszcze ślęczysz. A, i pozdrów panią Walerię ode mnie. Jak wyzdrowieje, to wpadnę do was na kawę i jabłecznik – przypomniał sobie właśnie jak bardzo lubi jej ciasto.– No to lecę. Jakby mnie ktoś szukał…– Damy sobie radę bez ciebie.
– To dzięki, na razie. Jeszcze coś? – spytał, widząc, że komisarz otworzył właśnie usta, by coś powiedzieć.
– Tak. Następnym razem nie przychodź do mnie z takimi duperelami, ja nie jestem twoim ojcem chrzestnym, żeby ci zwolnienia pisać, ok?
Jacek uśmiechnął się tylko i puścił oko do komisarza, po czym złapał swój płaszcz z gabinetu i pobiegł w kierunku domu.
Wbiegł po schodach do budynku. Ręce mu drżały, z trudem otworzył drzwi mieszkania. Wpadł do pokoju, wyciągnął z szafy czystą marynarkę, a z szuflady kluczyki do samochodu i dokumenty. Wybiegł z mieszkania w pośpiechu, zamykając drzwi na klucz. Zbiegł na podwórko do garażu, gdzie czekał na niego jego stary i wysłużony, ciemnozielony Opel Kadett. (…)
Minęło kilka dni. Pani Waleria powoli wracała do zdrowia, zaczęła już przyjmować płyny i jeść kleik. Syn odwiedzał ją codziennie i siedział przy niej z godzinę lub dwie. W sobotę postanowił pobyć z matką trochę dłużej. Po drodze kupił owoce i biszkopty. Kiedy wszedł na salę 302, leżała, a może bardziej siedziała niż leżała, czytając kolejną ulubioną książkę, którą przyniósł jej dwa dni temu. Ale jego matka nie była już sama na sali, za zielonym parawanem leżał ktoś jeszcze. Gdy pani Kusicka zobaczyła syna, położyła wskazujący palec na usta, dając mu znak, żeby był cicho. Wstała delikatnie, biorąc syna pod rękę, po czym oboje wyszli na korytarz.
– Możesz już chodzić? – spytał Jacek, gdy matka zamknęła drzwi sali.
– Nawet powinnam. Dziś rano na obchodzie lekarz powiedział, żebym zaczęła sobie spacerować. Ale nie dlatego cię stamtąd wyciągnęłam. Ta dziewczyna potrzebuje ciszy i spokoju. Słyszałam jak płakała w nocy, ale nie miałam odwagi, żeby z nią porozmawiać.
– Przeszła jakąś ciężką operację? – spytał zaintrygowany.
– Nie, nie… Chyba została pobita, ma straszne siniaki, rozciętą wargę i brwi.
– Została napadnięta?
– Chyba tak, wiesz jaka jest ta dzisiejsza młodzież, aż strach gdzieś wyjść wieczorem, dlatego nigdzie się nie ruszam. Ale wiesz, co jest najstraszniejsze?
Jacek spojrzał na nią z żywym zainteresowaniem.
– Że ta mała jest w ciąży… widziałam. – Waleria powiedziała to prawie szeptem. – Co za chamy ją tak urządzili, żeby bić kobietę w ciąży, do czego to doszło… – mówiła nieco głośniej.
Ale on już nie usłyszał ostatniego zdania, bo właśnie pomyślał o Marcie. Myślał o tym, co teraz robi i jak się czuje, i czy Ksawery nadal jej dokucza. A może w tej chwili grozi jej nawet… Postanowił, że wkrótce musi odwiedzić Szczepańskich.
– Jacek, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – usłyszał nagle głos matki.
– Tak, tak, a co mówiłaś?
– Mówiłam, żebyśmy już wracali, bo po pierwsze korytarz się skończył, a po drugie widziałam, jak ta dziewczyna poszła do łazienki, czyli się obudziła.
– Dobrze, wracajmy.
– Gdzie ty błądzisz myślami? Pewnie jak zwykle myślisz o pracy i o tych twoich dochodzeniach. Powinieneś jak twój ojciec pracować w banku.
– Nie zaczynaj znów, mamo, mamy z czego żyć i lubię to co robię.
Weszli z powrotem do sali, nie poruszali więcej tego tematu. Pani Waleria usadowiła się wygodnie na łóżku, poprawiła sobie poduszki i wygładziła pościel. (…) Nagle drzwi do sali się otworzyły i weszła młoda dziewczyna. Jej szpitalna koszula była umazana krwią, a długie, kasztanowe włosy przysłaniały pokiereszowaną twarz. Podeszła do umywalki, żeby umyć ręce, bała się spojrzeć w lustro wiszące naprzeciwko jej twarzy.
– Jak się czujesz, dziecinko? Już ci lepiej? – spytała Waleria z matczyną troską w głosie.
– Tak, proszę pani. – skłamała. Wytarła dłonie w ręcznik i szurając kapciami po wykładzinie posuwała się w kierunku łóżka.
– Marta, kto ci to zrobił?! – odezwał się nagle Jacek.
Dziewczyna wolno podniosła głowę, ukazując wielkie sińce podeszłe krwią i opuchniętą twarz. Uśmiechnęła się lekko na widok znajomego, ale zaraz się skrzywiła, widocznie nawet uśmiech sprawiał jej ból.
– Spadłam ze schodów, panie podkomisarzu. – odezwała się po chwili. – Ale proszę nie pytać jak to się stało, bo nic nie pamiętam… Państwo pozwolą, że się położę i odpocznę trochę. – powiedziała Marta, łapiąc się poręczy łóżka. Po chwili zniknęła za parawanem. W pierwszej chwili Jacek chciał jej pomóc, ale po sekundzie zrezygnował. Pomyślał, że mógłby ją za mocno złapać – nie wiedział przecież, gdzie jeszcze może mieć rany.
– To wy się znacie? – spytała Waleria. Wyraźnie była w szoku.
– Muszę już iść, mamo. Wyjaśnię ci to innym razem. Zobaczymy się jutro, pa. – powiedział, pocałował matkę w rękę i wyszedł, nie czekając na lawinę pytań.

Fragment rozdziału 6 – „Szatański spisek”

– Dzień dobry, panie podkomisarzu. Czy mogę zająć panu chwilkę? – spytała elegancko ubrana kobieta. Była smutna, a może raczej czymś zaniepokojona.
– Tak, proszę usiąść. Proszę powiedzieć, jak się pani nazywa i co panią do mnie sprowadza.
– Nazywam się Irena Nobis. Przychodzę z delikatną i poufną sprawą.
– Może pani liczyć na moja dyskrecję, pani Nobis – zapewnił ją śledczy.
– Otóż wczoraj sprzątałam pokój mojej trzynastoletniej córki, Magdy – wie pan jakie są nastolatki, nigdy nie mają czasu na sprzątanie, a …
– Do rzeczy, pani Nobis – ponaglił ją Kusicki.
– Przepraszam. No, więc przypadkiem natknęłam się na pamiętnik córki i pozwoliłam sobie go przeczytać. Wynika z niego, że została… zgwałcona.
Jacek nie dał po sobie poznać, jak bardzo wstrząsnęła nim ta informacja. Przypomniał sobie bowiem, że Marta też została zgwałcona.
– Mam ten pamiętnik przy sobie, panie podkomisarzu. Może zerknie pan i sam oceni, czy jest to tylko bujna wyobraźnia nastolatki, czy fakt, którym należałoby się zająć. – powiedziała pani Nobis, podając śledczemu pamiętnik córki.
– „10.07.2006 – przeczytał Kusicki na głos. – To niedawno – powiedział. Kiwnęła głową potwierdzająco. Śledczy znów spojrzał na perfumowane, kolorowe kartki pamiętnika i dalej czytał w myślach:
„Dziś znów musiałam iść przez ten wielki, okropny park. Pełno tu pijaczków i podejrzanych ludzi. Czułam, że ktoś mnie śledzi, albo obserwuje odkąd weszłam do parku. Przeszłam obok jakichś chłopaków, gwizdali i wołali za mną, a ja szłam coraz szybciej. Po cholerę zakładałam obcisłą spódniczkę (no, tak, dla Marka z VIb)! Jeden podbiegł do mnie i zabrał mi torbę. Krzyczałam, żeby mi ją oddał, miałam już łzy w oczach, kiedy nagle pojawił się ten facet… wyrósł jakby z podziemi, był wysoki, prawie łysy. Podszedł do tego chłopaka, który wywijał moją torbą, nie widział go. Facet złapał go za kark i przycisnął go do ziemi. Chłopak machał rękami, krzyczał i przeklinał, ale nie mógł nic zrobić. Inni jego kolesie zwiali. Po chwili rzucił torbę na ziemię, a kiedy ten facet puścił go, pobiegł za kolesiami, nie oglądając się za siebie. Nieznajomy podszedł do mnie i oddał mi moją własność. Spytałam (może gdybym nie spytała, nic takiego by się nie stało), jak mogę mu podziękować… Powiedział, że może jest coś, co mogłabym dla niego zrobić. Objął mnie ramieniem i popatrzył mi w oczy. To były straszne oczy, takie błyszczące i złe, jakbym spotkała się z samym Diabłem. Pozwoliłam się zaprowadzić w głąb parku, gdzie nikogo nie było, a wokół były krzaki i zarośla. Nagle ten Diabeł pchnął mnie w kierunku krzaków, dopadł i zamknął usta ręką. Mówił, że jak będę cicho, to będzie szybko i mnie nie zabije. Bałam się, tak strasznie się bałam, pytałam, gdzie jest teraz Bóg i dlaczego pozwala Diabłu robić mi krzywdę. Zaczęłam się modlić. Modliłam się, kiedy rozwarł mi nogi i jedną ręką zdarł ze mnie majtki, modliłam się, kiedy ból rozrywał moje ciało. Modliłam się, ale Bóg mnie nie wysłuchał. Już nie miałam siły krzyczeć. Czułam tylko wstyd. Zanim poszedł, kazał mi milczeć, bo mnie zabije, ale nie zabronił pisać. Dlatego piszę”.
Jacek obrócił stronę, ale dalej już nic nie było. Pani Nobis miała łzy w oczach.
– Czy rozmawiała pani o tym z córką? – spytał Kusicki po chwili.
– Nie, panie podkomisarzu, wolałam najpierw przyjść z tym do pana.
– Dobrze. Proszę porozmawiać z córką, tylko tak delikatnie i przyjść z nią do mnie. Pokażę jej zdjęcia różnych przestępców, może go rozpozna, albo zrobimy rysopis. Z tego, co przeczytałem dobrze zna twarz „Diabła”.
– Myśli pan, że mi powie? Że będzie chciała ze mną o tym rozmawiać?
– Hmm… naruszyła pani jej prywatność, będzie ciężko, ale to pani jest jej matką. Proszę spróbować do niej dotrzeć, ewentualnie wezwać mnie, jakby próby się nie powiodły. Wtedy osobiście z nią porozmawiam i wytłumaczę pani córce, że nie musi się bać i że „Diabeł” dzięki niej, nie skrzywdzi już więcej innych dziewczynek.
– Dziękuję panu. W takim razie porozmawiam z nią jeszcze dziś. – powiedziała Pani Nobis, kierując się do wyjścia.
– Do widzenia i powodzenia.
– Tak, jeszcze raz dziękuję i do widzenia.
Odeszła, pozostawiając za sobą chmurę ciężkich, słodkich perfum. Jacek ukrył twarz w dłoniach, to wszystko zaczęło go przerastać. Miał przecież do czynienia z morderstwami i ciężkimi przestępstwami, ale nigdy z gwałtem. A do tego miał na głowie śledztwo w sprawie śmierci Marty… (…)