13 marca 2013 r. o godz. 17. w sali konferencyjnej jeleniogórskiej Książnicy Karkonoskiej odbędzie się wieczór autorski lubińskiego poety Roberta Urbaniaka połączony z promocją jego debiutanckiego tomu poezji pt. „był tu nieznany
RUBTN

Robert Urbaniak urodził się w 1977 r. w Lubinie. Jest członkiem Stowarzyszenia Jeleniogórski Klub Literacki. Pisze poezję egzystencjalną propagując ideę postawy moralnej.
Zajmuje się także grafiką komputerową oraz tworzeniem serwisów internetowych. Autor prowadzi własną stronę internetową ze swoją poezją, grafikami i cytatami: www.byltunieznany.lubin.pl.
W 2012 r. opublikował tomik poezji pt. “był tu nieznany”, który ukazał się nakładem wrocławskiego wydawnictwa „Lena”.
Swoją poezję publikuje także w prasie i w internecie. Jego drugi tom pt. “przeminie” jest w trakcie prac redakcyjnych.
Tematyką jego utworów jest śmierć i miłość oraz obnażanie niedoskonałości ludzkiej i świata. Interesuje go człowiek wrzucony do otaczającego dychotomicznego środowiska.
Autor śledzi zastane zjawiska, rzeczy, ludzką świadomość, prawdę, dobro, piękno i poszukuje dla nich uzasadnienia. Pyta o ich podmiotowe warunki.

 
Oto wyjątki z posłowia do tomiku Był tu nieznany autorstwa Aliny B. Jagiełłowicz:

[…]
Można się zmierzyć z problemem dialektyki życia i śmierci oraz sensem istnienia na płaszczyźnie racjonalnego myślenia – jak wymaga tego akademicka nauka – a więc poza osobistym bagażem doświadczeń i traumy, niejako przez szkiełko analityka – chłodnego i oczyszczonego z emocji badacza. Sformułowane i rozwijane przez ratio pytanie o conditio Humana, o wartość życia i aksjologiczne znaczenie śmierci, jest wyzute z uczuć. Jest ono papierkiem lakmusowym stanu ludzkiej psychicznej wytrzymałości. Stanowi zatem wskaźnik, jak bardzo człowiek obawia się śmierci i lęka związanych z nią przeżyć, jak bardzo boleśnie powraca do niej myślą po to tylko, by się z niej otrząsnąć, zepchnąć w niepamięć, odsunąć. Jest wyrachowaną rezygnacją z jej bliskości i z ładunku emocjonalnego, jaki wraz ze sobą niesie. Stając się przedmiotem suchych spekulacji, śmierć okazuje się być li tylko i wyłącznie tematem dyskursu. Wydłuża się do niej dystans, osuszają łzy, znika cierpienie. Cienka, zbudowana z przeżyć granica pomiędzy życiem a śmiercią staje się programowo niedostrzegana, w jakimś sensie niedostępna dla naukowca. Ale nie dla Autora niniejszych zapisków, który znajdując „więź pomiędzy teraźniejszością a przyszłością, zaciera strach wijący się wzdłuż granicy niepoznanych wymiarów – cienkiej linii oddzielającej śmierć od życia”. Wdziera się bojaźń przed samym lękiem i to jej ślady na meta-poziomie są zacierane.
Właśnie o tym zawoalowanym lękowym stanie Robert Urbaniak pisze dojmująco w poświęconym ojcu wierszu, zatytułowanym To nic: „z kawałkiem tego czegoś co nosimy w sobie co jeszcze żyje wśród nas i jak jesienne liście pokryte szarym spojrzeniem przed wieczną wędrówką w zapomnienie chowa się pod warstwą śniegu i boi sekretu śmierci”. Ta ukryta w głębinie trwania i nie nachalnie wyrażona trwoga przed bezsensem własnego życia i innych istnień, jest intymna. Nie jest ona jednak płaczliwą skargą. Raczej stanowi uświadomioną nieuchronność, nieodwracalność własnego losu, stanowi spokojny przekaz o fatum jmr (autora). W wielkim Kierkegaardowskim stylu Autor wprowadza w świat osobistych wynurzeń, w świat własnej „choroby na śmierć”. W czasach napiętnowanych konsumeryzmem nie obawia się sięgnąć do odmętów myśli. Narusza swą prywatność, przełamując naturalną i prawnie usankcjonowaną potrzebę jej ochrony. Zapis jego myśli ma charakter wyznania ujawniającego zakamarki chorującej duszy. Na przekór poszukiwaczom sukcesu Autor utworów Był tu nieznany oczyszcza umysł, by uwolnić się „z łańcucha zniewolenia”. Z wielkiego tygla rozterek, wahań, rozdarć, zagubień wygrzebuje alchemiczne złoto „pradawnego istnienia”. Zdradza własne obawy: rozedrganie pomiędzy tęsknotą za życiem na „najwyższych szczytach percepcji” a pragnieniem dokończenia żywota.
Robert Urbaniak wyraża swą poezją sprzeciw wobec zachodniej mitologizacji nieuleczalności. Wraz ze stereotypami społecznie akceptowanymi w kulturze Zachodu wnoszony jest obraz esencji chorób nieuleczalnych: są one przedstawiane jako sama w sobie śmierć podlegająca zasadom tabu. Oto śmiercionośność chorób nieuleczalnych wyrażona została przez Franza Kafkę w określeniu gruźlicy w postaci „zwielokrotnionego zarazka samej śmierci”. Natomiast Georg Groddeck w swej psychologii podkreśla, że „to, co nie jest śmiertelne, nie jest też rakiem”. Człowiek cierpiący na chorobę nieuleczalną przeżywa dramat: dopóki robak choroby żyje w jego ciele, życie i śmierć są dla siebie żywicielami, walczą, ale przecież z nierównymi szansami. Właśnie z powodu nieuleczalności choroba zyskuje przewagę nad życiem tlącym się w ciele, unicestwia je, pogrąża w mroku śmierci. Kierunek myślenia o tych stanach grozy ukazuje, w jaki sposób człowiek Zachodu przeżywa lęk przed nimi. Czy choroba na śmierć jest uleczalna?
Wydaje się, że on sam, Robert Urbaniak, znalazł w śmierci rozwiązanie osobistego problemu sensu życia. Paradoksalnie więc w śmierci właśnie ujawnił się dla niego sens jego własnej egzystencji, ostateczne poznanie i prawda o nim: „i głos wołający z oddali który gasi wszystkie światła… wypowiada myśli których nikt nie słyszy ja jednak je znam… wieczny sen i wieczny cel”. Ten błogi stan świadomości pozwala mu ucztować na własnej stypie: „Spektro–wolny doznaję ukojenia, ucztuję na konsolacji wywołanej przez umieranie i zarazem wchłanianie błogiego szmeru śmierci, powstałego z tragedii przekształcanych kompromisów stygmatu jaźni”. Ale chyba tylko przez moment, przejściowo, bowiem ostatecznie to właśnie życie osiąga dla niego wartość. Na nowo chwyta punktu zaczepienia, nie grzęźnie tylko po to, by przekonać siebie, że „życie znowu ma sens”. Enter-eller traci moc jedynej alternatywy. Kompulsja wydaje się właściwym wyborem: dla ciągłego odnawiania życia poprzez śmierć tego, co stare. Odnieść można wrażenie, że mimo dojmującego doznania śmierci to życie właśnie stanowi dla Poety niezawodną wartość.
Życie i śmierć w poezji Roberta Urbaniaka to układ drgań wymuszonych, rezonujących. Życie jest w niej tłumione przez umieranie, zaś śmierć zdławiona przez życie. Wnikając w jego poetyckie wynurzenia kciuki same zaciskają się w pragnieniu, by zwyciężyło w tym zmaganiu życie. Trudno jest oprzeć się poczuciu, że w tym intymnym zanurzaniu się w kąpieli własnego obolałego życia Autor znajduje sposób na zachwycanie się okruchami pięknego świata: ludźmi, przyrodą, słowami; na upajanie się miłością, na uwielbianie; na wyrażanie gniewu, bólu, niemocy. Taka jest przecież struktura życia. Przekomarza się i drażni z Czytelnikiem, może nawet kokietuje go. Prowokuje do własnych dociekań. To nie są gotowe wzorce, z których Czytelnik może uszczknąć coś dla siebie: upokorzyć umierające ciało, usprawiedliwić indolencję intelektualną i samobójstwo duchowe, zadowolić pożądliwości, ukoić rozpasanie słowem, zadowolić spragnioną doznań estetycznych duszę, pofolgować łzom i sentymentom, użalić się nad sobą. Tutaj w samotni autentycznego zmagania się oczekiwane jest olśnienie PRAWDĄ – tu i teraz, nie w sennej przeszłości rozgrzebanej przez spowiednika czy psychoanalityka, ani w odsuwanej z chwili na chwilę wyimaginowanej przyszłości. W takim działaniu nie ma miejsca na fałsz, fantazję, marę, mamienie, iluzję, na płaczliwe wspomnienia czy ułudę lepszego jutra.
[…]